Gramy

MonoGamia (2): Pro Evolution Soccer 2012

Wracam do tematu rozpoczętego przeszło cztery miesiące temu, bo mamy połowę maja, a ja dopiero teraz przestałem się z nim zmagać. Może to tylko przesunięta w czasie „pozimowa depresja”, może strach przed wejściem w nową grę, a może coś w rodzaju „syndromu sztokholmskiego” i PES 2012 w jakiś sposób jednak mnie uprowadził, bo kląłem na tę edycję jak mało kiedy, a mimo to przegrałem w nią ostatnie dziewięć miesięcy. 

To skądinąd zabawne, że choć w tym lepszym, bo „prawdziwym” życiu minęło prawie 3/4 roku, a w tym „growym”, piłkarskim już 13 lat, to upływ tego pierwszego czasu – przeraża mnie znacznie bardziej. PES 2012 „przegrało” wprawdzie z PES 2011, pod względem liczby zainwestowanego czasu, ale tylko dlatego że do poprzedniej odsłony podchodziłem dwa razy, w różnych odstępach czasu. Jeżeli chodzi o najdłuższy, nieprzerwany czas z jedną grą – jest u mnie absolutnym królem, bijąc na głowę nawet Guild Wars z dodatkami, w którym spędziłem niemalże osiem miesięcy i nie sądzę, by jakakolwiek inna gra była w stanie szybko pobić ten rekord.

Godne pożegnanie z Barceloną…

Spytacie: „czy było warto?”. Cóż, wiem że w poprzednim tekście sporo narzekałem, ale to nie moja wina, że zaraz po jego opublikowaniu coś „zaskoczyło” i gra pochłonęła mnie w całości do tego stopnia, że aż trochę żal było mi ją przerywać. Dość powiedzieć, że pierwotnie zamierzałem skończyć ją po dziesiątym sezonie, a ostatecznie zagrałem jeszcze trzy więcej.

Od zeszłego odcinka MonoGamii zdążyłem m.in. godnie pożegnać się z Barceloną (próbowałem z nią zdobyć trzy razy z rzędu Puchar Europy, ale po dwóch razach polegliśmy), pobić bramkowy rekord w AC Milan (i zdobyć z nim praktycznie wszystko co było do zdobycia), sięgnąć po Mistrzostwo Europy z Polską i zaliczyć dwa sezony w Arsenalu (z którym dwukrotnie zdobyłem Mistrzostwo Anglii, jednakże bez większych sukcesów w europejskich pucharach). Ostatecznie kliknąłem w „announce your retirement”, wchodząc w 30 wiosnę życia, ale – jak zaznaczyłem na wstępie – tylko dlatego, że za rogiem czeka morze innych gier do ukończenie, bo jestem absolutnie pewien, że produkcja japońskiego Konami byłaby mi w stanie dostarczyć jeszcze więcej emocji.

Cytując klasyka: „Dobra panowie, kiełbasy do góry i golimy frajerów!”

Oczywiście podtrzymuję wszystkie rzeczy, które napisałem wcześniej, ale w związku z oceną widniejącą pod tekstem, niniejszym korzystam z prawa do mowy końcowej:

Otóż nie oślepłem i nie będę Was oszukiwać. PES 2012 to gra pełna wad i niedoróbek tak mocno wbudowanych w jej strukturę, że aż trudno wyobrazić ją sobie w innej (lepszej) postaci. Irytuje (obecna tu od lat) niewielka ilość lig i ich „slotowość” (jest ich tylko 7), która nie pozwala moderom rozwinąć skrzydeł (nie mówiąc już o tym, że i tak regularnie jesteśmy skazywani na oczekiwanie, aż ww. moderzy uzupełnią grę o prawdziwe zespoły). Denerwuje mało aktywny rynek transferowy (podczas gry w trybie BaL i „Master League”), jak i słabo rozwinięty system zastępowania starych piłkarzy przez nowych (w rezultacie, w finale Pucharu Europy, który zdobyłem z AC Milan, byłem najmłodszym piłkarzem na boisku, mimo że miałem już 26 lat). Naprawdę wkurza nadmiernie rozbudowana klawiszologia (wiem, że świat idzie do przodu i od czasów FIFY 98: RTWC, gdzie do strzelania wystarczył jeden przycisk, upłynęły już dwie dekady, ale tu np. sposobów oddania strzału jest zatrzęsienie, a mimo to nie da się tego gdzieś w ustawieniach jakoś sensownie zautomatyzować – przynajmniej pod rozgrywki z AI), tym bardziej że mimo tego „sryliarda” zagrań, wymagających posiadania ośmiopalczastej dłoni, w ogniu walki i tak stosujesz maksymalnie 10 na krzyż. Ohydne są w końcu także tekstury publiczności, która przywodzi na myśl postacie czające się między drzewami w pierwszym lub drugim Colin McRae Rally.

Silvio powinien być zadowolony, to był jeden z najlepszych sezonów rossoneri.

O wszystkim tym jednak szybko się zapomina w chwili wybiegnięcia na wirtualne boiska. PES 2012 to jak dla mnie piękno futbolu w czystej postaci. Mecze mają odpowiednie, realistyczne tempo, a mimo to są szalenie widowiskowe i emocjonujące. W toku swojej przygody z opisywaną odsłoną rozegrałem przeszło 700 spotkań i zapewniam Was, że każde wyglądało zupełnie inaczej, a niektóre z nich zapamiętam naprawdę na długo. W mojej ocenie za powyższe odpowiada, chwalona już poprzednio przeze mnie „przypadkowość”. Bramkarz nie zawsze przejmie piłkę do której wychodzi, a dodatkowo nieraz zdarzy się, że futbolówka niefortunnie wyślizgnie mu z rąk; pomocnik nie zawsze dobrze skieruje podanie, a obrona nie zawsze dobrze zastawi pułapkę ofsajdową, etc. Mam zresztą wrażenie, że nieraz mylą się także sędziowie, odgwizdując przewinienie, gdy zagranie ewidentnie było zgodne z przepisami lub wręcz przeciwnie. Wszystko to pozwala przeprowadzać względnie niepowtarzalne akcje i strzelać niepowtarzalne bramki, które jednakowo cieszą, tak na początku, jak i na końcu kariery.

Jeśli już miałbym się w tym wszystkim, co związane z czystą, boiskową rozgrywką czegokolwiek czepiać, to w tej konkretnej edycji zauważyłem, że dużo bramek wpadało mi po rykoszetach. Obrona – zarówno ta prowadzona przez AI, jak i ta sterowana przez gracza (choć zautomatyzowana do tego stopnia, że w sumie to można uznać, że też przez AI…) blokuje większość strzałów, więc trudno oddać tu czyste uderzenie i tak chyba powinno być, bo mniej więcej tak wygląda współczesny futbol, jednakże bramek tego typu było trochę więcej niż zazwyczaj.

Niezłe podsumowanie kariery.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że jakkolwiek gra, podobnie jak życie, bywa bardzo niesprawiedliwa (przykład: przez cały mecz bombardujesz strzałami jakieś sieroty z dołu tabeli, które nie potrafią wyprowadzić piłki na twoją połowę, a i tak przegrywasz 0:1, po ich jednej, na dodatek koszmarnie wyprowadzonej kontrze), po tych wszystkich, rzucanych po pokoju „kurwach” i tak wraca się przed monitor, żeby rozegrać jeszcze jedno spotkanie lub cały ich szereg. Sam nie mam w zwyczaju restartować meczy, gdy przegram (to nie tak, że mnie nie kusi, po prostu jestem tak skonstruowany, że zdobycie mistrzostwa czy pucharu cieszy mnie tylko wtedy, gdy jest „uczciwe”, nawet za cenę frustrowania się przez kilka sezonów pozycją w środku, lub wręcz w dole tabeli), więc bywało, że miałem ochotę cisnąć klawiaturą w balkon sąsiadów, ale paradoksalnie – to, że mimo rozegrania tylu meczy, zdarzało mi się nie tyle przegrać, ale wręcz zebrać konkretny wpierdol – tylko mobilizowało, żeby spróbować jeszcze raz. A nuż w następnym sezonie uda się zdobyć ten przeklęty Puchar Europy, czy Mistrzostwo Świata.

W naszym próbnym podcaście sprzed dwóch tygodni, po moim oświadczeniu, że przekonałem się do PES 2012 dopiero po rozegraniu kilku sezonów, Strysio zaczął się ze mnie nabijać, że może gdybyśmy inwestowali tyle czasu i energii w każdą grę, kilka „crapów” zamieniłoby się w diamenty. Cóż, Pro Evolution Soccer 2012 złą grą nigdy nie był, ale przez dłuższy czas wydawał mi się bardzo przeciętny, natomiast z perspektywy czasu mogę to napisać z pełną świadomością konsekwencji – to bardzo dobry tytuł.

Nawet teraz, w 2017 r.

Znamienne podsumowanie.
Ekran pożegnalny. Trochę żal, bo poprzednio dwa razy była platyna.

Zgryźliwi. Kultura Konsumpcji. © Copyright 2017, Marcin F. Repetowski, Michał E. Dachowski, Tomasz Kaliński & FuelThemes. Wszelkie treści opublikowane na łamach serwisu zamieszczone są za zgodą ich autorów, stanowią własność ich autorów, nie naruszają praw autorskich żadnych osób lub nie stanowią przedmiotu prawa autorskiego - zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. 2016, poz. 666, z późń. zm.).