Gramy

Klasyka (2): Colin McRae Rally 2.0 (2000)

Powiedziałbym, że jestem chujowym kierowcą, ale obraziłbym wówczas wszystkich chujowych kierowców świata, bo między Bogiem, a prawdą, w globalnym rankingu najgorszych „drajwerów” mieszczę się w ostatniej setce, gdzieś pomiędzy taboretem i kaktusem, a puszką Paprykarza Szczecińskiego (z dużej litery, żeby okazać należny mu szacunek), toteż naprawdę dziwi mnie, że przy CMRze 2.0 bawiłem się tak dobrze.

Ośmielę się ogłosić oczywistą prawdę, że prawdziwą sztuką jest tak zbudować grę, że satysfakcję z niej będzie czerpał zarówno ten Polak z Formuły 1, który cały czas miał wypadki, a i tak wszyscy mówili, że jest najlepszy, jak i absolutny, motoryzacyjny paralityk, który myli dźwignię zmiany biegów, nawet nie z hamulcem ręcznym, a z wajchą kierunkowskazu. Twórcom drugiego „Colina” ta sztuka zaiste się udała, bo po podpięciu kierownicy, mimo ewidentnych braków w zdolnościach – niemal od razu udało mi się „wejść w grę”.

Samochód odpoczywa po ciężkim wyścigu.

Duża w tym zasługa umiejętnego stopniowania poziomów trudności. Na “nowicjuszu” zwyciężysz nawet, gdybyś całą trasę postanowił przejechać z zamkniętymi oczyma na wstecznym (miałem kolegę, który próbował tak zrobić na E4, na szczęście nie żyje); na “średnio-zaawansowanym” otrzymasz już konkretne wyzwanie, które oduczy cię beztroskiego wchodzenia na “piątce” w zakręt o kącie węższym niż 45 stopni, a na “ekspercie” zostaniesz zduszony, wymięty i rzucony w kąt pomieszczenia jak własne zdanie u ostatnich dwóch prezydentów.

Poza tym – każdy może tu dobrać coś dla siebie: mamy klasyczne wyścigi, gdzie nieco odpuszczono prawom fizyki (Panie, gdyby samochody się tak zachowywały, to wujek Marian, który rozpędził Trabanta do 140 km/h nadal by żył), tryb wyzwania (najgorszy odpada – dla mnie nuda i nie mówię tego tylko dlatego, że z reguły odpadałem) oraz danie główne, czyli rajdy (do wyboru Mistrzostwa Świata, rajdy w poszczególnych państwach (tu m.in. Finlandia, Grecja, Australia, Francja i UK), bądź konkretne odcinki). Jak dla mnie zabrakło trybu popierdalania w skrajnie nieodpowiedzialny sposób przez miasto, następnie zasłaniania się immunitetem, ale jakoś to przeboleję.

Model jazdy w trybie symulacji został odwzorowany poprawnie. Nie zrozumcie mnie źle – nigdy nie jeździłem Fordem Focusem po piaskach Kenii, więc nie mam solidnego punktu odniesienia, ale grając na swym poczciwym “kręćku” – Logitech Driving Force GT – w oczywisty sposób czułem, że pojazd zupełnie inaczej prowadzi się na suchym lub mokrym asfalcie, a jeszcze inaczej na szutrze czy błocie (wrażenia są oczywiście kapitalne i polecam porzucenie klawiatury na rzecz kierownicy, nawet kosztem gorszych wyników) i na tyle, na ile orientuję się w prawach fizyki – jest to zachowanie poprawne. W grze zaimplementowano nawet podstawowy model zniszczeń (światła, szyby, zderzaki) co pozwoliło mi na regularną, wygodną jazdę bez przedniej szyby (trochę wiało, ale wiadomo – przejrzystość jest najważniejsza).

„Panie, bezwypadkowy jest! Ino do kościoła było jeżdżone!”

Graficznie, jak na grę z 2000 r., (czyli z czasów, gdy marzyłem jeszcze o karierze pilota bombowca) wygląda to niezgorzej, a bez okularów, gdy ktoś ma dużą wadę wzroku, to nawet bym powiedział – że akceptowalnie. Pamiętam, że w poprzedniej części, którą też jakiś czas temu ogrywałem, drzewa występowały jako sympatyczna, kanciasta bryła, a tu – choć nadal mamy do czynienia z bitmapami (jak to jest 3D, to wprowadzenie EURO, to dobry pomysł) – zdarzają się już zgrabne, pojedyncze sztuki, którym miałem okazję dokładnie się przyjrzeć, gdy mój samochód rypał w nie na zakręcie z prędkością 160 km/h. Oczywiście nie ma co oczekiwać fajerwerków, bo rzecz jest stara (ciekawostka: momentami grafika tnie mi na GTXie970…) jak polskie prawo wekslowe, ale jednocześnie na tyle czytelna, że można ją przeboleć (czego nie można powiedzieć o rzeczonej ustawie). Można tu oczywiście ustawić rozdzielczość dostosowaną do współczesnych monitorów, a w grze pojawiają się nawet takie bajery, jak zróżnicowane warunki atmosferyczne oraz brudzący się samochód.

No dobrze, w takim razie czy warto w to jeszcze pograć? Cóż, odpowiem jak jeden ze znanych ekspertów telewizyjnych: “Otóż – hmmmmm…” (koniec wypowiedzi).

Teraz będzie confessio:
Jestem już dość wiekowym człowiekiem, gry wciąż lubię i raczej już z nich nie wyrosnę ku zgrozie tych kobiet, które być może chciałyby mnie na męża. Mimo corocznego zmieniania komputera na lepszy, wciąż mam sentyment do starszych pozycji, które poszłyby na sprzęcie pakowanym dziś do wnętrza pralki, a w które nie mogłem grać, gdy byłem młodszy. Sam bawiłem się więc przy CMRze 2.0 świetnie, natomiast niemądrą rzeczą byłoby polecać go wyłącznie ze względu na swój własny sentyment. Na rynku mamy obecnie od zatrzęsienia gier rajdowych, które wyglądają cudownie i porażają grywalnością (zobaczcie np. Dirt Rally, który wizualnie nie różni się od transmisji telewizyjnej), więc ciupanie po nocach w CMR 2.0 to już trochę masochizm. Niemniej jednak, jeżeli ktoś lubi się czasem nad sobą poznęcać…

Po około 15-stu godzinach gry, do momentu finalnego znudzenia.

Bazarowe spolszczenia są najlepsze.

Zgryźliwi. Kultura Konsumpcji. © Copyright 2017, Marcin F. Repetowski, Michał E. Dachowski, Tomasz Kaliński & FuelThemes. Wszelkie treści opublikowane na łamach serwisu zamieszczone są za zgodą ich autorów, stanowią własność ich autorów, nie naruszają praw autorskich żadnych osób lub nie stanowią przedmiotu prawa autorskiego - zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. 2016, poz. 666, z późń. zm.).