Czytamy

Leviathan Wake’s (2011) [The Expanse #1] – James S.A. Corey

Saga The Expanse – autorstwa duetu kryjącego się pod pseudonimem James S.A. Corey – to u nas rzecz praktycznie zupełnie nieznana, przez co bardzo łatwo ją ominąć. Abyście nie popełnili tego błędu – niniejszym staję naprzeciwko Was i prosto w twarz oświadczam: Ludwiku Dorn, psie Sabo, nie idźcie tą drogą! Sięgnijcie po „Przebudzenie Lewiatana” (org. Leviathan Wake’s)! Zaiste, jest to bowiem najlepsza lektura, jaką miałem okazję przytulić w 2016 r.

Gdy byłem jeszcze bardzo małym chłopcem – jak chyba każdy – marzyłem o tym, żeby zamknięto mnie na noc w hipermarkecie, pozwalając tym samym do woli napchać się słodyczami. Dziś – w związku z drobną korektą pragnień – mogę obwieścić, że to marzenie, w pewien przewrotny sposób, jakoś się spełniło i wcale nie jestem z tego powodu zadowolony. Odkąd bowiem w hierarchii potrzeb słodycze zostały zastąpione przez wytwory cudzej wyobraźni, jak – książki, gry, filmy i seriale – czuję się trochę tak, jakby mnie ktoś zamknął właśnie w takim wyśnionym hipermarkecie. Wkoło jest tyle „łakoci”, że nie wiadomo za co i w jakiej kolejności się zabrać, żeby przypadkiem nie przeoczyć czegoś wartościowego. Obejrzeć nowy sezon „Wikingów”, czy może sięgnąć wreszcie po piracki Black Sails? Przeczytać robiące furorę chińskie sci-fi The Three-Body Problem czy pozostać w zachodnich klimatach i zajrzeć do nowych powieści Dana Simmonsa? Przy tej ilości „słodkości” bardzo łatwo o pokusę porzucenia „nadgryzionych” dzieł kultury, albo przesyt lub niestrawność.

Jako, że zwykłem troszczyć się o swój intelektualny żołądek, sam pewnie nigdy nie trafiłbym na The Expanse, gdyby nie koledzy polecający rzecz na Facebooku i… serial, który zadebiutował na platformie Netflix w końcu 2016 r. Zachęcony pierwszym odcinkiem, sięgnąłem po polskie wydanie „Ekspansji” i w pierwszej chwili srodze się rozczarowałem. Okazało się bowiem, że lubelska Fabryka Słów wypuściła drukiem jedynie pierwszy tom opowieści, na dodatek podzieliwszy go na dwie części (ach ten nadwiślański marketing…). Zrażony, postanowiłem skorzystać z oryginalnej, anglojęzycznej edycji dostępnej na Amazonie na Kindle’a i… wsiąknąłem.

Bez dalszego, zbędnego owijania w bawełnę – jeśli chodzi o konstrukcję świata i syndrom „jeszcze jednego rozdziału” – „Przebudzenie Lewiatana” – to bez wątpienia dzieło, które można postawić w jednym szeregu z „Grą o Tron” i kokainą. Rzecz sprawiła, że przypalałem obiad, przegapiałem swoje przystanki podczas jazdy tramwajem, a w pracy byłem jeszcze bardziej zaspany niż zazwyczaj. Przywołanie GoT jest tu zresztą o tyle nieprzypadkowe, że autorzy kosmicznej sagi przez wiele lat współpracowali z Georgem R.R. Martinem, a wyżej wskazany, przeczytawszy dzieło, wprost – z właściwym sobie wdziękiem – oświadczył, że rzecz „kopie dupę”.

Na tym (oraz ekranizacji) podobieństwa pomiędzy oboma cyklami w zasadzie się kończą, bo w przeciwieństwie do Martina, „Panowie Corey” nawet nie próbują udawać, że zamierzają zdefiniować gatunek na nowo. The Expanse w swej konstrukcji nie wychodzi poza ramy klasycznej space-opery, by zamiast tego – podobnie jak to zrobiła to chociażby growa trylogia Mass Effect – wycisnąć z sci-fi to co najlepsze.

Akcja powieści ma miejsce w XXIII stuleciu. Ludzkość skolonizowała już Układ Słoneczny. Zmagająca się z przeludnieniem Ziemia – pod wodzą Organizacji Narodów Zjednoczonych – rywalizuje z niepodległą Marsjańską Republiką Kongresową realizującą wielki projekt terraformowania Czerwonej Planety. Gdzieś w tle tych zmagań mieszkańcy Pasa planetoid znajdującego się między orbitami Marsa i Jowisza, wykorzystywani przez obie potęgi, próbują wywalczyć sobie własne miejsce w skomplikowanym układzie politycznych zależności. Tak podzielony Układ Słoneczny staje się areną brutalnej walki o wpływy, tymczasem okazuje się, że ludzkość nie jest we wszechświecie tak samotna, jak przypuszczała.

Ciąg zdarzeń, które zagrożą unicestwieniu cywilizacji, obserwujemy naprzemiennie z perspektywy dwóch postaci – Jima Holdena i Josephusa Millera. Holden – pierwszy oficer na Canterbury, holowniku transportującym bryły lodowe z pierścieni Saturna do ludzkich kolonii w obrębie Pasa – to wychowany na Ziemi idealista wierzący w dobro, piękno i miłość (do wielu kobiet…), zaś Miller – pracujący jako detektyw śledczy na Ceres  – to sarkastyczny Pasiarz o ponurym (realistycznym?) nastawieniu do życia i problemem alkoholowym w kartotece. Powyższa, zróżnicowana perspektywa narracyjna pozwoliła autorom nie tylko pokazać szerszy fragment świata książki (który zresztą jest tak „prawdziwie ” oddany, że staje się bohaterem sam w sobie – o czym dalej), ale przede wszystkim pobawić się w międzygatunkowe eksperymenty. „Przebudzenie Lewiatana”, pod płaszczykiem space opery w bardzo udany sposób łączy bowiem klasyczne sci-fi z nutkami charakterystycznymi dla czarnego kryminału, horroru czy literatury militarystycznej. Tak jak wspomniałem wcześniej – nie jest to coś, co na nowo definiuje gatunek (wątki noir obecne były chociażby w „Hyperionie” Simmonsa), ale miks detektywa w kapeluszu, chciwych korporacji, artefaktów obcej cywilizacji i wymiotujących zombie – łatwo mógłby nie chwycić – a tu wszystko zgrywa się perfekcyjnie.

Wątki obu postaci poprowadzone są bardzo zgrabnie. Holden doświadcza tragedii, która z pierwszego oficera robi go kapitanem własnej jednostki i rusza szukać sprawiedliwości na własną rękę. Miller dostaje rutynowe zlecenie odnalezienia i porwania córki milionera, która zbuntowawszy się przeciwko tatusiowi przystała do jednej z „pasiarskich” organizacji terrorystycznych. Brzmi to może jak standardowe punkty wyjścia dla fabuły (co nie bez znaczenia – oba wątki splatają się ze sobą mniej więcej w połowie powieści), ale swoje robi tu przede wszystkim świat przedstawiony.

Dawno już nie czytałem książki sci-fi, której świat stwarzałby tak duże złudzenie realności. Jakkolwiek pewne elementy „science” złożono w ofierze na ołtarzu „fiction” (fabuły), detale robią nad wyraz pozytywne wrażenie. Czego tu nie ma! Język Pasiarzy to przykładowo efekt mieszaniny kultur i potrzeby żywej gestykulacji (w próżni niewątpliwie łatwiej coś pokazać, niż wykrzyczeć… razem z płucami). Autorzy zwrócili uwagę nawet na różnice w budowie anatomicznej ludzi urodzonych w przestrzeni kosmicznej ze względu na inną niż ziemska, siłę ciążenia! Świat przedstawiony żyje, a jego mieszkańcy i poszczególne frakcje mają wiarygodne motywacje, choć mam szczerą nadzieję, że jeśli ludzkość, kiedykolwiek na poważnie wyruszy w kosmos, nie potraktuję The Expanse jako instrukcji obsługi.

Co istotne, przy tych wszystkich zachwytach i pochwałach, którymi obdarzam omawiane dzieło, stanowi ono raczej grzeszną przyjemność, niż coś, co nazwałbym arcydziełem sci-fi. „Przebudzenie Lewiatana” nie jest bowiem książką, którą postawiłbym na półce pomiędzy „Hyperionem”, „Solaris” czy „Diuną”. Nie sprzedaje ono żadnej ponadczasowej idei, nie przeprowadza w głowie małej rewolucji i nie powoduje, że płaczemy po śmierci jakiegoś bohatera jak po Księciu Leto.

Rzecz jest „zaledwie” dostarczycielem pierwszorzędnej rozrywki, która na długie godziny pochłonie każdego miłośnika sci-fi. Czy zatem warto stracić na nią czas? Bezwzględnie – warto.

Okładki polskiego wydania książki prezentują się całkiem nieźle.

Poprzedni wpisThe OA (2016)

Zgryźliwi. Kultura Konsumpcji. © Copyright 2017, Marcin F. Repetowski, Michał E. Dachowski, Tomasz Kaliński & FuelThemes. Wszelkie treści opublikowane na łamach serwisu zamieszczone są za zgodą ich autorów, stanowią własność ich autorów, nie naruszają praw autorskich żadnych osób lub nie stanowią przedmiotu prawa autorskiego - zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. 2016, poz. 666, z późń. zm.).