Felietony

List do Bloober Team o lepsze imię Chopina

Dawno, dawno temu, w czasach, w których Layers of Fear było jedynie marzeniem niedoświadocznego studia, studio to wydało jedną z najambitniejszych gier, w jakie dane mi było zagrać. Do dziś wracam do tego tytułu, choć gra została przyjęta przez graczy i branżę bardzo chłodno. Jest i było mi z tego powodu autentycznie przykro. Tak, przykro. Grając bowiem w Music Master: Chopin, niejednokrotnie wyobrażałem sobie, jak ta gra (lub jej kontynuacja) mogłaby wyglądać. Z tej zgryzoty popełniłem ongiś poniższy list…  

Szanowne Bloober Team,

Piszę niczym Moses Herzog listy, które nigdy nie trafią do adresata, a w których to przedstawiam słuszne, jak mniemam, spostrzeżenia. Mam o tyle ułatwione zadanie, że przy Państwa produkcji, z zachowaniem uznania wobec trudu, jaki Bloober Team w nią włożył, jakiekolwiek sugestie i petycje względem gry mają szansę być tymi słusznymi, niezależnie od osoby autora; mówiąc wprost – chciałbym poradzić, niestety, a posteriori, co zmienić w grze Music Master Chopin, tak by stała się ona produkcją atrakcyjną dla odbiorcy.

Na samym początku chcę zaznaczyć – zauważyłem, że gra robiona była na szybko, wszystko za sprawą ministerialnych projektów, a w zasadzie krótkowzroczności projektodawców, którzy oczekiwali, że w kilka miesięcy uda się stworzyć solidną grę komputerową. Zatem z powodu braku czasu, jak mniemam, sięgnęli Państwo po wypróbowane wzorce znane w serii Guitar Hero, co samo w sobie należy odnotować na plus; nie można było stworzyć w pół roku polskiej Eternal Sonata czy innych Pataponów; natomiast umiejętne klonowanie pomysłów jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło.

Co jednak poszło nie tak? Mógłbym wskazywać na niedoświadczenie studia i tym podobne czynniki, o których i tak nie mam żadnej wiedzy, a jedynie domniemanie, tą prostą konstrukcję płynącą z sumy wszelkich obserwacji danego tematu. Skupię się więc, tak jak zaznaczyłem na początku, na własnych przemyśleniach i mdławych, dziecięcych wręcz rojeniach o wielkim Music Master: Chopin, po części dlatego, że lubię gry muzyczne, po części z tej przyczyny, że bliski mojemu sercu jest Chopin oraz jego spuścizna.

Zacznę od tego, co boli najbardziej – od liczby utworów dostępnej w każdym z trzech podtytułów Music Master. Tuzin na grę? Wolne żarty? Parszywa rzeczywistość. Sam fakt podziału gry na trzy części budzi zastrzeżenia. A już wyodrębnienie części rockowej (przyzwoicie wykonanej z racji wykorzystania utworów z wydanej przed laty płyty Rock loves Chopin) i popowej (która ostatecznie nigdy nie powstała) jest co najmniej nierozsądne. Naturalnie, twórcy chcieli otworzyć się na fanów wszystkich gatunków muzycznych; nie przewidzieli jednak jednej kwestii – nie da się stworzyć hitu w kilka miesięcy, a to właśnie legendarne przeboje są magnesem w takich produkcjach jak wspomniany Guitar Hero czy Rock Band. Popowo-rockowe pioseneczki z Music Master nie mają najmniejszych szans w starciu z gigantami muzyki rockowej; brak im własnej duszy, legendy i radiowej kariery. Kupowanie Music Master Rock lub Pop to jak sprawdzanie nowej, debiutanckiej płyty – albo będzie udana, albo utonie w morzu innych fonograficznych miernot. Konsumenci nabywający gry ze stajni Neversoftu już na samym wstępie są wolni od tego typu dylematów.

Lionello Balestrieri, „Fryderyk Chopin przy fortepianie”

Cóż zatem pozostaje? Pozostać przy Music Master Chopin Classic, tworząc tym samym grę unikalną w skali globu, grę, której nie można tak po prostu zestawić w Rock Bandem właśnie przez wzgląd na repertuar. Zwiększyć liczbę utworów do pięćdziesięciu, tak, by trzymać się standardów w tego typu produkcjach, nie bać się koncertów fortepianowych (25 minut rytmicznego uderzania w klawisze – to dopiero byłoby wyzwanie!), wykorzystać znane nazwiska, nader wszystko takich tuzów jak np. Zimerman, ergo wykonawców znanych globalnie. Być może nawiązać współpracę z Deutsche Grammophon, i, jeśli projekt Chopin by wypalił, stworzyć Music Master Mozart, Schubert czy Bach (Bloober Team miał nawet pierwotnie takie zamierzenia). Zyskać rynek japoński i rosyjski, nie sprzedawać milionów przeznaczonych na imprezy, nie produkować tandetnych, plastikowych fortepianów tylko pod jedną grę stworzonych, klawiatura w zupełności wystarczy. Postawić zatem na elitaryzm (wszak robimy coś za pieniądze publiczne, możemy sobie pozwolić, aspekt finansowy nie jest tu pierwszorzędny). Realizacja przynajmniej części powyższych postulatów czyniłaby z Music Master produkcję klasową i unikatową, mimo jej technologicznej i koncepcyjnej wtórności.

Kolejne sugestie mają bardziej poboczny oraz techniczny charakter. O ile system zdobywania punktów jest klasyczny w swej prostocie, a wszystko co proste z reguły jest też dobre, cieszę się z wprowadzenia prostego „levelowania” na wyższe mnożniki wraz z postępującą, bezbłędną grą. Podobnie ze wszelkimi bonusami, tu naprawdę nie mam nic do zarzucenia.

Gorzej jest z całą resztą. Tandetnie wymodelowane „żetony” (nazwijmy je buńczucznie nutkami), trójwymiarowe otoczenie przewijające się gdzieś w tle, które z powodzeniem można by zastąpić statycznymi zdjęciami i reprodukcjami z epoki, zyskując tym samym na wydajności oraz poszerzając dostępność (slogany w stylu – ta gra pójdzie nawet na kalkulatorze!); można by w tym względzie zastosować naprawdę proste zabiegi – przy graniu Etiudy rewolucyjnej malowidła z Powstania listopadowego, przy koncercie f-moll obrazy wiedeńskich sal koncertowych, ale i młodego Chopina, zaś podczas odgrywania Preludium c-moll nr. 20 – wizje umarłych mnichów, które podobno śniły się Artyście, a o których dowiadujemy się z umieszczonych w grze ciekawostek.

Wspomniane ciekawostki wykonane są co najmniej nierówno – czasami zainteresują, innym razem nudzą – z drugiej strony jest to jedna z najprostszych rzeczy, jakie można poprawić w tej grze. Cóż więcej? Może publikowane w sieci rekordy, osiągnięcia miast nic nie wnoszących do gry „medali”, jakiś quiz z wiedzy o Chopinie, tak by odpocząć pomiędzy utworami – to wszystko kwestie drugorzędne, ale wzbogacające.

Piszę z pozycji straceńca, nie mam bowiem żadnego wpływu na producentów czy wydawców. Mogę jedynie składać swoje żale, dołączając do licznego grona recenzentów i płakać nad zmarnowanym potencjałem. I choć po cichu liczę, że coś jeszcze w Music Master Chopin się zmieni, wszak niedługo zapowiedziano premierę tejże gry na produktach spod znaku Apple, chłodny racjonalizm i ocena możliwości każą wyrokować, że Bloober Team nie wyciągnął żadnej lekcji z pecetowych wersji swojej gry. Albo nie chciał, albo zwyczajnie nie mógł.

Z Wyrazami Szacunku i niesłabnącym entuzjazmem,

fan gier niebanalnych.

Zgryźliwi. Kultura Konsumpcji. © Copyright 2017, Marcin F. Repetowski, Michał E. Dachowski, Tomasz Kaliński & FuelThemes. Wszelkie treści opublikowane na łamach serwisu zamieszczone są za zgodą ich autorów, stanowią własność ich autorów, nie naruszają praw autorskich żadnych osób lub nie stanowią przedmiotu prawa autorskiego - zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. 2016, poz. 666, z późń. zm.).