Felietony

Nintendo Switch – wrażenia z pierwszych dni użytkowania

Nie minął miesiąc, jak opublikowałem wielce entuzjastyczny tekst dotyczący moich oczekiwań co do Nintendo Switch. Przez ten czas nie wydarzyło się nic szczególnego, ot, podszedłem do zawodowego egzaminu cząstkowego, obejrzałem parę meczy, w tym Ligi Mistrzów i rodzimej Ekstraklasy oraz mizerniałem kilka dni, osłabiony wczesnowiosennym przeziębieniem. No i kupiłem Switcha.

A Switcha kupiłem wraz z markowym etui oraz folią ochroną kosztującą tyle, że mógłbym za te pieniądze przez pięć dni w tygodniu wcinać kurczaka Gong Bao z pobliskiego „chńczyka”. Oczywiście nie zapomniałem dodać do koszyka osławioną „Zeldę – Oddech Dzikości”, jedną z najdroższych gier, jaką kiedykolwiek kupiłem (ale do takich cen, jako posiadacz konsoli Nintendo, muszę powoli się przyzwyczajać). Pierwotnie planowałem stworzyć materiał nawiązujący do jednego z sieciowych trendów, tj.: „unboxingu” pudełka z konsolą, na żywo, zczuba, live reaction, ale temu, niewątpliwie kiepskiemu pomysłowi, stanęły na przeszkodzie: a) brak statywu, b) brak dobrego oświetlenia, c) niecierpliwość. Poprzestałem więc na materiale fotograficznym, mając jednocześnie w zamiarze opisać również pierwszy tydzień użytkowania mojej nowej zabawki. Tydzień minął, jak z Joy-Cona strzelił(1)Teoretycznie jest to możliwe, Joy-Con ma podczerwień i czujniki ruchu, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by strzelać wirtualnymi biczami, więc oto rzeczony tekst.

Mój egzemplarz konsoli odebrałem ze sklepu pewnej popularnej sieci o wyłącznie polskim kapitale, w której zazwyczaj kupowałem podzespoły do PeCeta, i zapewne dlatego egzemplarz ten nie był zabezpieczony żadnymi plombami i innymi zabezpieczeniami pozwalającymi ocenić, czy ktoś przede mną dokonał tej gamegeekowskiej defloracji w postaci otwarcia pudełka. Cóż, przynajmniej miałem pewność, ze sprzęt jest cały, co nie jest oczywistością, patrząc na to, w jaki sposób bystrzaki z Nintendo zapakowali główną część konsoli, dotykowy tablet. Jakież bowiem było moje zdziwienie, kiedy po otwarciu grubej na dwa milimetry tekturowej pokrywy pudła, ujrzałem zapakowany w zwykłą folię czarny ekranik. Mając w pamięci pracę na oddziale terenowym pewnej firmy kurierskiej o wyłącznie polskim kapitale bez problemu wyobraziłem sobie, jak w tę cienką, tekturową pokrywę, oczywiście w miejscu, w którym umieszczony jest ekran Switcha, uderza twardy, kanciasty, ciężki przedmiot, z łatwością przebijając się przez dwumilimetrowy celulozowy pancerz pudełka i pozostawiając na środku wartego trochę mniej niż minimalna krajowa tablecika piękny, asymetryczny krater grozy. Zatem, Wędrowcze, jeśli chcesz kroczyć moją ścieżką, a zarazem cenisz spokój, lepiej kup Switcha bez pośrednictwa firm przewozowych.

Jak na ironię, pozostałe części zestawu były zapakowane znacznie bezpieczniej – pod tekturą (na której spoczywał tablet i dwa Joy-Cony) były cztery przegródki, kolejno na: kabel HDMI (z ładnym napisem „Nintendo”, myślę, że taki kabel jest bardzo szpanerski, na pewno zachowam go sobie na pamiątkę), całkiem spora ładowarka, szkielet pada (przypominający kształtem statek kosmiczny), który w zestawieniu z Joy-Conami czyni z niego całkiem zgrabnego pada (przypominającego mordę pieska(2)Żródło: https//i.kinja-img.com/gawker-media/image/upload/t_original/kg2klbcggfy592r6npjs.png), dwa Strapy („Strapem” zowią plastikową rynienkę z dwoma przyciskami, która, nasunięta na Joy-Cona, poprawia komfort gry, jeżeli tylko z owego Joy-Cona zapragniemy uczynić małego pada), i wreszcie „legendarną” stację dokującą w postaci czarnego pudła przypominającego stojak na papierowe serwetki, która okazała się zaskakująco mała, a w każdym razie znacznie mniejsza aniżeli na materiałach propagandowych marketingowych. Stacja nazywana jest „legendarną”, ponieważ tu i ówdzie z różnych zakątków globu dochodziły głosy, że zarysowuje ekran tabletu podczas jego umieszczania w tejże, co mi osobiście nigdy się nie zdarzyło, być może dlatego, że wkładam w nią mój tablecik z ostrożnością prawiczka, a być może również dlatego, że od pierwszych chwil obcowania z konsolą mam na niej folię ochronną. I żeby było zabawniej, ta czarna, nieestetyczna i średnio istotna bryła plastiku, jako jedyna część całego zestawu, zapakowana była w bąbelkowany woreczek. Taki a nie inny sposób zabezpieczania poszczególnych części konsoli musiał mieć jakiś racjonalny powód – szukam go do teraz, jak nasion Korok w Zeldzie(3)W świecie The Legend of Zelda: Breath of The Wild rozmieszczonych jest 900 takich nasion, a za znalezienie wszystkich gracz otrzymuje… Złotą kupę. Po ok. 40 godzinach grania mogę poszczycić się odnalezieniem jednego ziarenka Korok.

Jeszcze przez chwilę męczyłem się z połączeniem Joy-Conów z tabletem (początkowo wkładałem je ze złej strony, ale hej! Przecież jestem humanistą!), i już mogłem przeglądać interfejs Switchowego OSa, by po chwili załadować kartridż (jak za starych, dobrych, pegazusowych lat) z The Legend of Zelda: Breath of The Wild i szybko doznać absolutnego, czystego zachwytu (ale o moich wrażeniach z grania w nową Zeldę, jak i inne „słiczowe” gry w odrębnych recenzjach, tak więc „coming soon”). W ciągu kolejnych dwudziestu czterech godzin nabyłem także Fast RMX oraz ściągnąłem demo Snipperclips, i na tych trzech produkcjach testowałem sprzęt.

W Tetrisa grałem tylko 10 minut, więc się nie liczy. Ale kosztuje 160 zł 🙂

Po tym ponad tygodniowym maratonie grania powiedzieć, że Switch bardzo mi się podoba, to nic nie powiedzieć. Ale w trosce o obiektywne podejście do tematu należy zaznaczyć, że: moim ostatnim mobilnym sprzętem do grania z prawdziwego zdarzenia był PSP, więc nie miałem żadnej dłuższej styczności z PS Vita oraz nie posiadałem (i nie zamierzam posiadać) żadnych wydajnych tabletów, na których grałbym w GTA: San Andreas lub inne, godne gracza gry. Jeszcze gorzej sprawa wygląda z konsolami stacjonarnymi – tak, moją ostatnią konsolą tego typu był Pegazus (fanfary!), więc z natury rzeczy nie znam kanapowego grania, i zasmakowałem go dopiero przy okazji ogrywania ww. gier ze Switchem załadowanym w docku. Mając powyższe na uwadze, oświadczam, co następuje:

Jestem oczarowany możliwościami tak małego urządzonka. Plotki o mocy Nintendo Switch nie były wyssane z palca. Owszem, nie jest to VIII generacja (no chyba że w ujęciu mobilnym) i bliżej jej do VII generacji, ale przecież poprzednia generacja, to już era kosztujących setki milionów gier HD, więc mi osobiście w niczym to nie przeszkadza. Switch zostawia w tyle PS Vitę, 3DS oraz produkcje na smartfony i tablety, i to pomimo zastosowania w nim chipsetu graficznego z początku 2015 roku. Niestety, coś kosztem czegoś, więc z wydajnymi bebechami współegzystuje niezbyt wydajna bateria (która pozwala grać w Zeldę przez trzy godziny, i podobnie będzie pewnie z innymi równie wymagającymi grami, chyba że inżynierowie wielkiego N jakoś to poprawią poprzez software), a wszystko to opakowane w prawie centymetrowej grubości obudowę, tak „niemodnie” grubą przez konieczność zaimplementowania aktywnego chłodzenia przy pomocy wiatraczka. Rzeczony wiatraczek jest cichy, ale kiedy trzeba, wyciąga z konsoli pokłady ciepłego powietrza. Jest to chyba pierwszy przykład zastosowania aktywnego układu chłodzenia w urządzeniu mobilnym produkowanym na tak szeroką skalę. I tu z miejsca warto nadmienić nieco karcącym głosem, że otwór wylotowy rzeczonego wiatraczka jest niebezpiecznie blisko wejścia mini Jack 3,5, więc za każdym razem przy podłączaniu słuchawek sprawdzam, czy czasem nie ładuję Jacka wprost w ten wylotowy otwór. Umiejscowienie przycisków „Power” oraz tych odpowiedzialnych za głośność, to również nie jest szczytowe osiągniecie ergonomii, ale przynajmniej w ferworze gry nie naciskamy ich przez przypadek, więc spełniają swoje najważniejsze zadanie – nie przeszkadzają.

Podobny? Nie? Niestety, nie można dodawać pryszczy…

Wielkość konsoli, mimo moich początkowych wątpliwości, jest optymalna i pozwala całkiem swobodnie, a zarazem wygodnie grać w środkach komunikacji miejskiej lub w łóżku, tuż przed snem. Natomiast waga jest już odczuwalna, choć i do tego można się przyzwyczaić. Być może właśnie zbyt nadmierna waga mobilnego Switcha sprawiła, że inżynierowie popełnili w moim przekonaniu największy błąd, i nie umieścili w konsoli szklanego ekranu. Mamy plastik. Podatny na porysowania plastik. Plastik, przy którym bez folii ochronnej czy innego szkła hartowanego ani rusz. Ma to też swoje przełożenie przy używaniu ekranu dotykowego. Z góry uspokajam, responsywność jest na dobrym poziomie, ale opór w moim przekonaniu jest odrobinę zbyt słaby, przez co niejednokrotnie miałem wrażenie, że zaraz mój paluch uszkodzi ekran. Ale sam ekran w związku z powyższym na szczęście nie reaguje w jakikolwiek ekstraordynaryjny sposób, w szczególności piksele pod wpływem nacisku nie zmieniają barwy, więc wszystkie powyższe mankamenty, to jedynie kwestia przyzwyczajenia, choć na pewno trzeba być bardziej ostrożnym, niż przy urządzeniach zaopatrzonych w Gorilla Glass.

Wspomniana wyżej wygoda grania nie oznacza, że sprzęt jest przyjacielem naszych dłoni. A przynajmniej moich. Zauważyłem bowiem, że jeżeli źle go chwycę, to po kilkudziesięciu minutach intensywnej walki z wirtualnymi przeciwnikami, Joy-Cony, przez to, że są cienkie (jak na kontroler), wrzynają mi się we wnętrze dłoni. Szczęściem, wystarczy odstawić konsolę na minutę i po jej upływie wszystko wraca do normy. Myślę więc, że powyższe raczej nie kwalifikuje się do problemów, którym można nadać istotną rangę.

To małe urządzonko, tak jak już wspomniałem wyżej, pokazuje pazur także jako konsola stacjonarna. Zelda w Full HD i stałych 30 klatkach? Proszę bardzo! Granie stacjonarne jest bardzo wygodne, o ile oczywiście mamy sprawnego lewego Joy-Cona… Szczęściem w nieszczęściu było to, że stałem się posiadaczem wersji z osławionym, nie-do-końca-dobrze-działającym Joy-Conem. Szczęściem, ponieważ mogę dokładnie opisać, w czym problem, nieszczęściem, bo jednak dla mnie osobiście jest to wada konsoli. Wada ta występuje tylko wtedy, kiedy Joy-Con jest odłączony od konsoli i służy jako zewnętrzny kontroler. Na czym polega? Po pierwsze, lewy Joy-Con znacznie dłużej synchronizuje się z głównym urządzeniem (tabletem). Prawemu zajmuje to sekundę, lewy potrafi myśleć nawet i pięć sekund (więc jak tu nie zgodzić się z poglądami J. K. Mikke?). Ale to jeszcze da się przeżyć. Gorzej, kiedy w trakcie grania przytrafi się nam nagle desynchronizacja, albo gdy lewy Joy-Con, z niewiadomych względów, przestanie reagować na określone polecenia. Rozwiązanie problemu polega na zmianie pozycji, w której gramy, np. poprzez przesunięcie się o jakieś dwadzieścia centymetrów bliżej konsoli. Ale w ferworze walki można zapomnieć o takim detalu i znów utracić synchronizację, co może przeszkodzić w zabijaniu bossa lub ostrym skręcie na wirażu. Na pocieszenie można dodać, że Nintendo serwisuje powyższą wadę, ale jako że w zdecydowanej większości wypadków używam Switcha jako sprzętu przenośnego, więc problem nie jest dla mnie na tyle poważny, by odsyłać cały sprzęt do serwisu i utracić na przynajmniej dwa tygodnie dostęp do niego. Najwyżej kiedyś kupię nowego Joy-Cona, i po problemie.

Bateria w każdym Joy-Conie starcza na 20 godzin zabawy.

Konsola w trybie stacjonarnym, tj. wtedy, kiedy przebywa w docku, grzeje się trochę mocniej. Cóż, nie będę ukrywał, że widziałem słynne zdjęcie wykrzywionego (rzekomo pod wpływem ciepła) Switcha(4)Wygląda tak strasznie, że nie mam odwagi wklejać bezpośrednio do wpisu: www.chip.pl/blobimgs/2017/04/original/P0yTtI4y31Q213G19TAh.jpeg, lecz mimo iż w sieci zawrzało, jestem mocno sceptyczny co do możliwości samoczynnego wygięcia się sprzętu (mimo plastikowej obudowy ramka konsoli jest metalowa). Powyższy sceptycyzm nie przeszkadza mi w każdorazowym badaniu, czy po wielu godzinach intensywnego grania Switch aby na pewno jest poziomy jak tafla jeziora, a jego temperaturze bliżej do nagrzanego smartfona, aniżeli patelni. Tak, Switch potrafi być ciepły, ale na szczęście nie bardziej, jak mój LG G2, który po odpaleniu średnio wymagającej gry przeistacza się w koksownik. Więc raczej wszystko jest pod tym względem ze Switchem w normie. Nie można jednak nie zauważyć, jak podwyższona temperatura wpływa na folię ochronną, której krawędzie chyba nigdy nie będą w sposób zadowalający trzymać się brzegów ekranu. Co prawda wystarczy przygładzić palcem, i wszystko wraca do normy, ale przy tańszych (cieńszych) foliach ochronnych powyższy manewr mógłby okazać się niewystarczający.

Poza tym wyczekuję pierwszych rys na obudowie. Takich, póki co, odpukać i splunąć przez ramię, nie ma, ale mimo iż zastosowany plastik jest przyjemny w dotyku i sprawia solidne wrażenie, nie za bardzo wierzę w jego trwałość. Ale póki na rynku nie ma folii ochronnych na tył konsoli, póty zachowuję w tym względzie spokój.

Czy coś jeszcze? Chyba nie. Switch jest już na rynku od niemal dwóch miesięcy i generalnie wydaje się, że konstrukcja znosi wszelkie początkowe testy. Jak będzie z wytrzymałością sprzętu w dłuższej perspektywie czasowej? Na to pytanie chyba nawet Nintendo nie jest w stanie odpowiedzieć.

Po niemal dwóch tygodniach intensywnego ogrywania Switcha mogę powiedzieć, że mam przyjemność użytkować jeden z najbardziej uniwersalnych systemów w historii konsol, na który wyszła jedna z najlepszych gier w historii, który sprzedał się w wielu regionach najlepiej w historii Nintendo (przyćmiewając rewelacyjne wyniki Wii). Oby więc konsola uniknęła „złamania”, a deweloperzy ochoczo wsparli Switcha różnorodnymi produkcjami, czego sobie i innym graczom serdecznie życzę.

Przypisy:   [ + ]

1. Teoretycznie jest to możliwe, Joy-Con ma podczerwień i czujniki ruchu, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by strzelać wirtualnymi biczami
2. Żródło: https//i.kinja-img.com/gawker-media/image/upload/t_original/kg2klbcggfy592r6npjs.png
3. W świecie The Legend of Zelda: Breath of The Wild rozmieszczonych jest 900 takich nasion, a za znalezienie wszystkich gracz otrzymuje… Złotą kupę. Po ok. 40 godzinach grania mogę poszczycić się odnalezieniem jednego ziarenka Korok
4. Wygląda tak strasznie, że nie mam odwagi wklejać bezpośrednio do wpisu: www.chip.pl/blobimgs/2017/04/original/P0yTtI4y31Q213G19TAh.jpeg

Zgryźliwi. Kultura Konsumpcji. © Copyright 2017, Marcin F. Repetowski, Michał E. Dachowski, Tomasz Kaliński & FuelThemes. Wszelkie treści opublikowane na łamach serwisu zamieszczone są za zgodą ich autorów, stanowią własność ich autorów, nie naruszają praw autorskich żadnych osób lub nie stanowią przedmiotu prawa autorskiego - zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. 2016, poz. 666, z późń. zm.).