Felietony

Przegrane życie – o narzędziach do pomiaru czasu grania

Ameryki nie odkryję – ilu ludzi, tyle podejść do konsumowania kultury. Znakomita większość po prostu gra, czyta czy słucha muzyki – nie obdarzając tych czynności dodatkową aktywnością. Są też tacy, którzy skrupulatnie katalogują „zaliczone” rzeczy, przypisując im odpowiednie etykietki i wystawiając oceny oraz tacy, którym i to nie wystarcza, więc zakładają blogi, gdzie mogą dzielić się swoimi wrażeniami z publicznością. Szczebel wyżej wkracza się już chyba w pewne szaleństwo, ale nic na to nie poradzę – jestem w tym całym sercem. Poza konsumowaniem, katalogowaniem i pisaniem, uwielbiam też bowiem wszelakiej maści statystyki dotyczące swojej, bądź cudzej aktywności w tych tematach.

Cóż, zaczęło się niepozornie – od trafienia na BiblioNETkę, pozwalającą zbierać i oceniać książki, którą następnie porzuciłem dla „Lubimy czytać”. Potem odkryłem Filmweb i Goodreads, a także możliwość tworzenia wirtualnej półki na GryOnLine, by nieco później zaliczyć prawdziwy punkt zwrotny przy LastFM – aplikacji zbierającej dane na temat ilości przesłuchanych przez nas utworów i tworzącej na tej podstawie zgrzebne statystyki (wynika z nich np., że w 2011 chciałem popełnić samobójstwo). Z miejsca zamarzyłem, by ktoś stworzył coś takiego w temacie gier.

Wymagania miałem stosunkowo skromne: powinno to umożliwiać dostęp online i gromadzić dane w jakiejś chmurze, automatycznie zliczać czas grania za pomocą jakiejś aplikacji, a jednocześnie pozwalać na ich ręczną korektę oraz posiadać potężną, stale rozwijaną bazę gier i umożliwiać jej uzupełnianie (jako, że lubię czasem pograć w naprawdę dziwne i wiekowe rzeczy).

Żeby – niejako tradycyjnie – od razu popsuć Wam niespodziankę, zaznaczę, że od momentu zrodzenia się powyższego pragnienia po dziś dzień przetestowałem kilka rozmaitych aplikacji i jak dotąd żadna z nich nie sprostała w pełni mym oczekiwaniom. Każdej czegoś brakowało (brakuje) i każda wymuszała (wymusza) jakieś kompromisy (z samym sobą) dlatego – #omójBożeczemutorobię – używam ich obecnie paru na raz. Tak, to jest dobry moment na facepalm.

Zapraszam do lektury krótkiego tekstu na temat aplikacji, które umożliwiają tzw. game time tracking, czyli – tłumacząc na nasze – pomiar czasu grania. Zaczniemy od wskrzeszenia trupa, ponieważ jego przypadek jest bardzo charakterystyczny, oczywisty i pouczający dla wszystkich, tylko nie ludzi, którzy próbują wykreować jego następcę.

xFire

Była pierwsza, toteż wielu – chyba przez sentyment uznaje ją za najlepszą. Zrodziła się jako narzędzie do komunikacji głosowej pomiędzy graczami (coś w typie TeamSpeaka lub Skype’a), a pomiar czasu grania był tu niejako opcjonalny – co jest regułą dotyczącą niemalże wszystkich omówionych tutaj aplikacji. Schemat działania był prosty – instalowało się specjalną aplikację, która wykrywała zainstalowane gry i po uruchomieniu danego tytułu, liczyła czas w nim spędzony. Wynik był na bieżąco ładowany na serwer, przez co nasi koledzy i koleżanki mogli sobie podejrzeć jak bardzo okłamaliśmy ich mówiąc: „Ej, nie mogę jechać w góry, bo muszę się uczyć.”. Baza tytułów była pokaźna, ale – co znowu będzie normą – wielu brakowało, a sporo tych, które teoretycznie były obsługiwane – nie działało w należyty sposób (np. zegar startował w momencie uruchomienia gry, by po wejściu do menu się zatrzymać). Fani aplikacji wyglądali comiesięcznych update’ów, które poszerzały bazę gier oraz poprawiały błędy, ale z czasem doczekiwali się ich coraz rzadziej, bowiem twórcy – co kolejny raz jest przeklętą regułą – skupili się na rozwijaniu innych funkcjonalności, jak: wyszukiwarka serwerów, obsługa streamingu i nagrywania rozgrywki, sklep internetowy, maszyna do robienia lodów w czasie gry i wiele, wiele innych, jakby mieli ambicję stworzyć jakiś serwis do wszystkiego, albo inny Steam. Skończyło się to oczywiście dramatycznie źle – problemami finansowymi i roszadami personalnymi – które doprowadziły do zgonu serwisu w połowie 2016 r. Wraz z nim przepadły też statystyki 24 mln użytkowników, a te były prowadzone całkiem ciekawie, bo pokazywały nie tylko nasze wyniki, lecz także globalne zainteresowanie daną grą (królowały rozmaite CoDy i LoLe). Podsumowując: xFire pokazał, że można – jak najbardziej, jeszcze jak – a potem umarł.

Raptr

Odkryłem Raptra niedawno i oceniłbym go całkiem wysoko – doceniając za chyba największą z wszystkich serwisów bazę „obsługiwanych” gier, możliwość ręcznej korekty czasu grania i inne bajery – ale niestety aplikacja wydaje się wchodzić w czas zmierzchu. Mówiąc wprost i bez zbędnych ozdobników – rzecz zdycha jak SLD po ostatnich wyborach parlamentarnych. Forum jest nieaktualizowane od przeszło roku, połowa funkcjonalności już padła, a ostatni update wyszedł dobrych kilka miesięcy temu. Moim zdaniem jeśli nie wydarzy się cud, zamknięcie serwerów jest kwestią czasu.

Nie zawsze tak było, bo Raptr krocząc drogą charakterystyczną dla xFire (został zresztą zbudowany przez niemalże tę samą ekipę) dotarł do miejsca do którego nie dotarł jeszcze żaden inny serwis – nawiązał bezpośrednią współpracę z AMD i Intelem. Dzięki powyższemu, serwis – po pierwsze stał się swego rodzaju dystrybutorem oprogramowania wyżej wymienionych, służącego do optymalizacji ustawień dotyczących danej gry w oparciu o zbierane statystyki (konkurenta GeForce Experience), z drugiej zaoferował specjalny program wymiany punktów otrzymywanych za granie i rozmaite akcje społecznościowe na: gry, dodatki do gier i sprzęt AMD. Niestety, AMD nie przedłużyło umowy z Raptrem (oprogramowanie do optymalizacji okazało się zresztą klapą), a sklep z punktami ogłosił iż w dniu 30 kwietnia br. kończy działalność.

Na dzień dzisiejszy Raptr nadal oferuje zliczanie godzin, garść statystyk i niezłą bazę tytułów (choć brakuje wielu nowych). Wszystko to okraszone jest niestety mało ciekawą dla oka grafiką (styl serwisu zawsze był kiczowaty), ale powyższe można przeżyć w myśl zasady – jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

UPDATE: Tak jak przewidywałem, Raptr ogłosił koniec swojego istnienia z dniem 30 września 2017 r.

Evolve

Z ewidentnych pozytywów – wciąż działa, ktoś tam wciąż pracuje i dodaje automatyczną obsługę nie tylko nowych gier (i prosi o pieniądze, których jednak nigdy nie dostaje w takiej ilości jakby chciał, co jest niepokojące), a poza tym schludnie wygląda (celowo użyłem tego słowa zamiast słowa „ładnie”). Z negatywów – brakuje tu wielu starych tytułów i nie można ręcznie korygować czasu grania, co skazuje nas na widzimisię aplikacji, co jak wiadomo od czasów Terminatora, zawsze dramatycznie źle się kończy.

Gdybym trochę wypił, zaryzykowałbym twierdzenie, że „Evolve dobrze uzupełnia się z Raptrem i w pełni wystarcza do zaspokojenia wyuzdanych pragnień growego rachmistrza i statystyka”, ale niestety jestem trzeźwy jak świnia i nie będę tak odważny. Problem w tym, że Evolve może jeszcze nie zaczęło umierać, ale już wegetuje. Wprawdzie umowa ze sklepem GreenManGaming stanowi jakąś finansową motywację dla twórców serwisu do kontynuowania dzieła, ale najwyraźniej nie do jego rozwijania. Evolve nie stoczyło się bowiem może jeszcze tak mocno jak Raptr, ale od dawna nie jest już w fazie rozwoju, tak więc „zaprawiając dinozaura ewolucją” załóżcie na wszelki wypadek, że pewnego dnia mogą Wam zginąć statystyki i z jednego, i z drugiego. Póki co pocieszający jest fakt, że każdy może sam zgłosić propozycję dodania gry do biblioteki, a wnioski są na bieżąco rozpatrywane (zazwyczaj pozytywnie).

Steam

Tu akurat – w kwestii zliczania czasu grania – zawsze wszystko dobrze działa, ale zasobność biblioteki uzależniona jest od tego ile złociszy złożysz w ofierze Błogosławionemu Gabenowi, jak i od tego, czy dana pozycja w ogóle jest dostępna w zasobach Steam. Przyznam, że jakiś czas temu sam dałem się przez to złapać na wędkę „kupuję tylko na Steam”, aż spadł na mnie zimny prysznic w postaci pozycji znikających z mojej biblioteki (w moim przypadku to działa tak, że nadal mogę sobie te gry pobrać, ale nie wyświetlają mi się na liście posiadanych tytułów).

Poza tym niemożność przypisania do konta gier, które już się ma (np. na GOGu) prowadzi nieraz do tego, że kupuje się coś jeszcze raz, byleby było na Steama, co jest już naprawdę nieprzyjemnym przejawem nerwicą natręctw. Z drugiej strony – kto bogatemu zabroni?

Z obowiązku dziennikarskiego wspomnę jeszcze, że czas grania zlicza też oficjalna aplikacja wymienionego wcześniej GOGa – GOG Galaxy, a także Origin, ale ich zasoby są póki co zdecydowanie mniejsze, niż Steama. Oficjalna aplikacja Ubisoftu, tj. Uplay czasu nie mierzy, ale nie jest to jedyny powód przez który myślę o niej źle.

Playfire oraz Overwolf

Dwie aplikacje w jednym wpisie, bo w zasadzie mam do powiedzenia na ich temat to samo – nie używam ich. Żeby nie było wątpliwości – spróbowałem, ale po prostu mnie nie kupiły.

Zalety Playfire i Overwolfa odpowiadają wadom Raptra i Evolve i vice versa. Obie aplikacje są więc stale i ambitnie rozwijane, działają całkiem dobrze i zapewne mają przed sobą tzw. „świetlaną przyszłość”, natomiast na ten moment, przynajmniej dla mnie, całkowicie dyskwalifikuje je biblioteka obsługiwanych tytułów składająca się wyłącznie z nowych lub popularnych tytułów – w przypadku Overwolfa i dodatkowo gier ze Steama, Origina, etc. – w przypadku Playfire. Do tego dochodzi brak możliwości dokonywania ręcznej korekty czasu gry.

Cóż, i Playfire i Overwolf nie ukrywają, że są bardziej nastawione na szeroko pojęte opcje społecznościowe, niż game time tracking, więc trudno mieć o to pretensje. Można natomiast trochę żałować, bo ze skrzyżowania Raptra z Playfire mogłoby wyjść coś naprawdę fajnego.

Gameplay Time Tracker

To ponownie świeże znalezisko, ale nad wyraz pozytywne. Rzecz jest typową aplikacją instalowaną na komputerze, która działa sobie w tle bez połączenia z Internetem. Zapomnijcie tu więc o przechowywaniu danych w chmurze, zapomnijcie też o dzieleniu się statystykami z innymi. W zamian otrzymujecie narzędzie o niczym nieograniczonej bazie gier (bo sami ją edytujecie), z którą możecie robić co tylko zapragniecie: opisywać, dzielić na foldery, etc. Co istotne – trwałość tej bazy zależy tylko od Was (i waszych nawyków w zakresie archiwizacji danych), bo korzystając z programu macie gwarancję, że skrupulatnie zliczane godziny nie znikną Wam nagle z powodu nieopłacalności utrzymywania serwerów.

Z innych kwestii – aplikacja ma wbudowane narzędzie do automatycznego mierzenia czasu grania, ale tak jak w przypadku programów omówionych powyżej (może poza Steamem) nie działa ona tu idealnie. Zdarzało się, że po dwugodzinnej sesji zegar pokazywał mi przegrane… 14 sekund. Na szczęście jest ręczna korekta czasu, które pomaga rzetelnie ocenić zmarnowany czas.

Kartka, długopis, stoper

Przydaje się, gdy chcecie być bardziej vintage. Sam posiłkuję się grubym brulionem, ale raczej w celach organizacyjno-porządkowo-sentymentalnych. Przez myśl by mi nie przeszło, żeby zapisywać tam jeszcze długość trwania poszczególnych sesji, choć raczej nie dlatego, że jestem uprzedzony lub „zbyt normalny”.

Zapamiętajcie – jeśli myślicie, że robicie coś naprawdę wstydliwego i zbyt dziwnego, by się tym dzielić ze światem, w Internecie nie jesteście sami.

Zgryźliwi. Kultura Konsumpcji. © Copyright 2017, Marcin F. Repetowski, Michał E. Dachowski, Tomasz Kaliński & FuelThemes. Wszelkie treści opublikowane na łamach serwisu zamieszczone są za zgodą ich autorów, stanowią własność ich autorów, nie naruszają praw autorskich żadnych osób lub nie stanowią przedmiotu prawa autorskiego - zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. 2016, poz. 666, z późń. zm.).