Gramy

Recenzja: To the Moon (2011)

Bez zbędnych ceregieli i gry wstępnej mogę Wam wprost oświadczyć, że podstawowy problem z „To the Moon” jest taki, że jej autor nie za bardzo potrafił się zdecydować, czy chce bawić, czy wzruszać. Nie miałbym z tym problemu, bo sam miewam podobnie, gdyby nie fakt, że gra obie rzeczy próbuje czynić dość nachalnie. Nie mam serca z kamienia, ale małe dziełko Kana „Reivesa” Gao zamiast wzruszać subtelnie i z wdziękiem, brutalnie wjeżdża „z buciora” w powieki, krzycząc: „No płacz, płacz, skurwysynu! Nie wzrusza cię stary umierający człowiek?! Nie wzrusza cię tragiczna miłość?! Nie wzrusza chłopczyk wpadający pod koła samochodu?! No co z ciebie za chuj!? Palić kebab! Palić kebab w Ełku!” i osobiście czuję się przez takie postępowanie nieco odarty – powiedzmy, że z „godności gracza”. Bo wybacz Kan, ale to ja tu trzymam łapy na myszce i klawiaturze, i to ja decyduję czy poruszyła mnie historia, którą chciałeś opowiedzieć, czy nie.

Jeszcze bym to zresztą jakoś przeżył, gdyby pomiędzy tymi wszystkimi próbami doprowadzenia mnie do płaczu, „To the Moon” nie próbowało mnie jednocześnie z rozśmieszyć. Niestety – ze znacznie gorszym skutkiem.

Nie zrozumcie mnie źle – nie chcę powiedzieć, że ta wykreowana w RPG Makerze historia jest zła i że nie ma zdolności do poruszenia sercami milionów (tym bardziej, że nimi poruszyła), bo ma – przyznaję to bez bicia – swój niewątpliwy urok. Wcielamy się tu w parę techników z Sigmund Corp. oferującej umierającym ludziom coś w rodzaju ostatniego dobrego wspomnienia o kończącym się życiu. Innymi słowy, trochę jak w znakomitej Incepcji, lub w równie dobrym Vanilla Sky, sprzedajemy im swego rodzaju złudzenie spełnienia jakiegoś marzenia/snu lub po prostu „naprawienia” przeżytego życia. W tej konkretnej przygodzie (a zapowiedziano już „To the Moon 2”) pomagamy niejakiemu Johnatanowi Wylesowi spełnić marzenie o tytułowym locie na księżyc. Nie zdradzając fabuły (która jest o tyle dobra, że w pewnym momencie faktycznie zaskakuje – także dojrzałością) – akcja sprowadza się do cofania się w głąb kolejnych wspomnień Johnatana i odkrywania kolei jego pokręconego życiorysu, by ostatecznie „zaszczepić” jego dziecięcej postaci ideę, która pozwoli mu w przyszłości zostać astronautą i zobaczyć upragniony księżyc. Więcej na ten temat nie napiszę, bo akurat samo odkrywanie przeszłości naszego bohatera stanowi esencję rozgrywki i jest naprawdę ciekawe.

Jaka jest oprawa graficzna – każdy widzi, ale… 

Szkoda tylko, że skądinąd interesująca historia została opowiedziana w dość osobliwy sposób, bo pojawiające się pomiędzy poszczególnymi scenami, niby to zabawne komentarze jednego z bohaterów (utożsamiałem się z nim – prawdziwy kretyn bez odrobiny wyczucia. To bardzo rzadki talent) są nieraz najzwyczajniej w świecie żenujące, niczym kultowy już program „Studio Yayo”. Rozumiem, Kan (mogę mówić do Ciebie Kan?), że miały one w zamyśle rozładować napięcie, ale w praktyce zamiast to czynić, zwyczajnie mnie wkurzały i to do tego stopnia, że miałem ochotę „przeklikiwać” dialogi, czego NIGDY nie robię.

Naprawdę – kogoś bawi martwa wiewiórka?

Jeśli już jesteśmy w tym momencie, w którym się czepiam, to warto również napomknąć, że jak na grę, gra jest mało „growa”. To raczej swego rodzaju opowieść, której bliżej do filmu lub książki, niż do klasycznej gry, w której mamy na cokolwiek większy wpływ (interaktywność jest mniejsza, niż w starych, rysowanych „przygodówkach”). Niby bowiem możemy sobie swobodnie przemierzać niewielkie poziomy, ale zawsze istnieje tylko jedno rozwiązanie, tylko jeden sposób przejścia dalej, który zresztą jest łatwy do odkrycia (nie sposób w TtM się na czymś „zablokować”, wszystko podane jest na tacy, chyba, że przypadkiem nie zauważymy istotnej rzeczy, w którą trzeba było kliknąć).

… nie można jej odmówić swoistego uroku.

Jeśli chodzi o technikalia, to zdaję sobie sprawę, że my faceci, lubimy czasem ściemniać, że „wygląd nie jest ważny, bo liczy się wnętrze”, ale jako, że nie zwykłem kłamać, gdy nie mogę za to wystawić faktury, przyznam, że jakkolwiek grafika nie jest fatalna – choćby dlatego, że charakteryzuje się przyjemną czytelnością – opowiadana historia z pewnością skorzystałaby na tym, gdyby zainstalować ją na nowoczesnym silniku. Mój zarzut jest o tyle zasadny, że całość „gry” bazuje na emocjach (czego, jak wskazałem powyżej, „TtM” wcale nie ukrywa), które – my ludzie – zwykliśmy czytać z twarzy, jakich te wszystkie małe ludki zasadniczo nie mają (znaczy mają, ale bardzo maleńkie, więc nie sposób nic z nich wyczytać). Nie jest oczywiście tak źle, że nie wiadomo, czy mamy do czynienia ze smutną, czy z wesołą sytuacją (takich nie ma), ale przez oprawę graficzną „To the Moon” traci na przekazie, a z łatwością potrafię sobie wyobrazić jakie wrażenie robiłaby ta historia, gdyby ją osadzić w pełnym 3D.

Uwag nie mogę mieć za to do muzyki, bo choć nie jest to coś co by trafiało w moje gusta (utwory są zbyt słodkie), nie można jej odmówić nastrojowości. Fortepianowe kompozycje idealnie wpasowują się w klimat rozgrywki i ani przez moment nie miałem ochoty, by je wyciszyć. Wśród nich wybija się z pewnością „For River”, które jest naprawdę ładne i jednocześnie nie powoduje próchnicy.

Akurat praca prawnika to codzienne loty w kosmos.

Czy płakałem?

Zapytajcie mnie czy płakałem.

– Płakałeś?
– Nie płakałem.

Owszem, gra, choć nie zalicza jakichś specjalnie spektakularnych scen, jest wzruszająca i nie tylko ma tego pełną świadomość, ale jeszcze cynicznie to wykorzystuje (mimo, że z nieznanych przyczyn próbuje to zabić kiepskiej jakości poczuciem humoru). Ta historia, muzyka, obrazki przywołujące emocje, które poznał chyba każdy z nas – trudno, żeby oko się momentami nie zaszkliło, ale przez to, że wszyscy wkoło naopowiadali mi jakie to piękne i wyciskające łzy, włączył mi się jakiś wewnętrzny bloker, który sprawił, że przez całą tę czterogodzinną przygodę trzymałem się „na dystans” (a nie winię za to złego dnia, bo przy mojej ilości wolnego czasu ukończenie „TtM” i tak zajęło mi grubo ponad tydzień, mimo że codziennie w godzinach poprzedzających sen zastanawiałem się, co tam dalej będzie się działo).

A teraz najlepsze – pomimo tego, że sobie ponarzekałem i tak wypada mi tę pozycję polecić, bo jest to gra warta przeżycia.

Zgryźliwi. Kultura Konsumpcji. © Copyright 2017, Marcin F. Repetowski, Michał E. Dachowski, Tomasz Kaliński & FuelThemes. Wszelkie treści opublikowane na łamach serwisu zamieszczone są za zgodą ich autorów, stanowią własność ich autorów, nie naruszają praw autorskich żadnych osób lub nie stanowią przedmiotu prawa autorskiego - zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. 2016, poz. 666, z późń. zm.).