Gramy

Recenzja TPP (1): NBA 2K17 (PC)

Przychodzi taki moment w życiu każdego mężczyzny, gdy zdaje sobie sprawę z trzech niezwykle przykrych rzeczy. Po pierwsze – że nie ukończy wszystkich gier, które pojawiły się na Steamie, choćby rzucił pracę, dziewczynę, jedzenie, sen i wydalanie. Po drugie – że dwadzieścia pięć centymetrów w spoczynku, to wszystko na co może liczyć i „on” już dłuższy nie urośnie. I wreszcie po trzecie – że jeśli nie urodził się czarny, ma małe szanse na zostanie raperem, bokserem lub koszykarzem.

Na szczęście są gry!

Po tym jak EA Sports zaniechało wydawania na blaszakach „NBA Live” (ostatnia edycja pod Windows ukazała się prawie dekadę temu jako „NBA Live 2008”), przedstawicielom „pecetowej rasy panów” – lubującym się w amerykańskiej koszykówce – zostały w zasadzie tylko produkcje konkurencji ze stajni 2K Sports. Co ciekawe, ale znamienne – nikt na to specjalnie nie narzeka, bo pomimo braku konkurentów – kolejne edycje koszykówki spod znaku 2K – regularnie zbierają w prasie branżowej średnią ocen na poziomie co najmniej 80-kilku punktów, czego o tworach EA Sports niestety nie można powiedzieć.

Nigdy nie miałem do czynienia z żadnym wydaniem tej zacnej serii, więc rzucanie piłki do kosza – tak na komputerze, jak i poza nim – do tej pory skutecznie mnie omijało. Powyższe pewnie nie uległoby zmianie, gdybym ślęcząc wieczorami nad jakimiś głupotami, nie zauważył, że nasz dobry znajomy – Krzysiek – z zawodu muzyk, poeta, piosenkarz, eseista, a prywatnie po prostu Krzysiek – od kilkunastu dobrych dni, konsekwentnie loguje się w najnowszym wydaniu tej najlepszej – i wcale nie dlatego, że jedynej – z pecetowych koszykówek.

Niepodważalny dowód na to, że podczas gry w NBA 2K17, Krzysiek otrzymał smutne wieści z Denver.

Zakasałem wręcz rękawy i postanowiłem wypytać dla Was, jak mu się gra w najnowsze dzieło Kalifornijczyków, które od recenzentów notowanych na Metacritic dostało średnią na poziomie 90 punktów, a od graczy ze Steama ledwie połowę łapek „w górę”.

Zgryźliwi: Krzysiek, jesteś znanym amatorem piłki nożnej, którą kopiesz tak przed komputerem, jak i w rzeczywistości. Dlaczego nagle koszykówka? Co cię pchnęło w sport dla czarnych?

Krzysiek: To nie jest tak, że ja z koszykówką nie mam nic wspólnego. Jestem za niski, żeby grać na przyzwoitym poziomie, ale zdarzały mi się w przeszłości krótkie okresy fascynacji tym sportem. Zacząłbym od tego, że jestem z pokolenia, które (w retransmisjach) mogło zobaczyć rywalizację Bullsów z Jordanem z Utah Jazz z Malone’m, Stocktonem i Hornackiem w składzie. Co jakiś czas postanawiam zaś sobie, że obejrzę finały na żywo i kończy się to źle dla mojego zdrowia, dlatego podziwiam ludzi zarywających regularnie noce dla NBA. Posiadam też na tyle historycznej wiedzy, by nie dziwić się nazwą „Minneapolis Lakers” i podać nazwisko jedynej osoby, która zdobyła ponad 100 punktów w meczu.  Olewam taktykę, w tej znam tylko podstawowe pojęcia jak „pick-and-roll” i „box-out”. Ale – przyznajmy to – gra może być nawet o robieniu naleśników! Jeśli jest dobra.

Grałeś wcześniej w jakąkolwiek koszykówkę na dowolnej platformie (poza platformą: „prawdziwe życie”, oczywiście), czy jest to zupełnie nowe doświadczenie?

Grałem w kilka koszykarskich gier. Pierwszą była „NBA Live ’98” od EA Sports. Za dzieciaka podobała mi się bardzo, nie przeszkadzał mi nawet brak Michaela Jordana (występował tam bodaj jako „Roster Player”). Na moment wróciłem do tej serii równo dziesięć lat później, ale nie był to produkt najwyższej próby. Gram z przerwami w NBA 2K: 11, 13, 15 i 17. Wychodzi na to, że przypominam sobie o niej co każde dwa lata.

Źródło: www.dsogaming.com

I jak na tle wcześniejszych produkcji wypada Twoim zdaniem NBA 2K17?

Każda z odsłon 2K trzyma właściwie ten sam wysoki poziom. Każda ma swoje bolączki, ale są one charakterystyczne dla serii sportowych (corocznego „kombinowania” ze zmianami i tak jest tu sporo mniej niż w FIFIE). Dla mnie najlepsza była chyba część oznaczona liczbą „11”, ta, w której trzeba było rozegrać prawdziwe mecze Jordana. Takie tryby w grach po prostu się pamięta. W tym roku na pochwałę zasługują za to sterowanie i elastyczność w dostosowywaniu się gry do poziomu gracza.

Czy to znaczy, że gra ma dość niski próg wejścia? No i co ze sterowaniem? Czy „bezpadowe dziady” mają tu czego szukać?

Bezpadowe dziady chyba jednak nie. Ale gra ma całkiem sprytnie zrobione samouczki, które pozwalają dość łatwo zapoznać się z podstawami plus – jest tu wiele poziomów trudności. Jako „casual” gram na „pro”, bo wydaje mi się, że na wyższych trzeba już znać różne rodzaje taktyk i generalnie – być zapaleńcem. Sterowanie jest za to bardzo naturalne (naturalniejsze niż we wcześniejszych odsłonach serii), a animacje nie przejmują kontroli nad zawodnikiem albo robią to bardzo rzadko. Autorom udało się więc utrzymać płynność rozgrywki.

Źródło: www.dsogaming.com

Grasz w jakimś konkretnym trybie,? W sensie – masz coś ulubionego – jakiś „tryb kariery”, albo coś w tym stylu, czy raczej pykasz sobie okazjonalne spotkania towarzyskie? Gra oferuje w ogóle w tym zakresie coś więcej ponad przyjęty standard?

Gram wyłącznie w tryb MyCareer, czyli jednoosobowo, chociaż jest tu i tryb, w którym można być „general managerem” klubu. NBA 2K17 pozwala dostosować ustawienia pod swoje potrzeby, więc każdy znajdzie tu coś dla siebie!

A ile czasu trzeba poświęcić, żeby rozegrać jeden sezon?

Sezon ma tu tyle spotkań, co w rzeczywistości, czyli – o ile się nie mylę – 82. Ale spokojnie – czas trwania meczu można ustawić np. na pięć minut. Przy grze w trybie MyCareer, jeśli wchodzisz z ławki – nie zajmie to więcej niż kilkanaście wieczorów.

Czy NBA 2K17 można nazwać symulacją koszykówki, czy to raczej typowa zręcznościówka, wypełniona akcjami, które przeważnie nie zdarzają się w życiu?

To też można regulować za pomocą suwaka!

Gra jednak ciąży ku symulacji, a twórcy na każdym kroku zdradzają takie ambicje. Można powiedzieć, że najmniej realizmu jest w trybie MyCareer. Historia naszego zawodnika nie tylko jest liniowa, ale i nudna. Scenarzyści dali nam matkę, dziewczynę i martwego ojca, z czego na szczęście tylko z dwoma pierwszymi mamy się kontaktować. Dostajemy sms-y od gwiazd basketu, ale dostrzegamy, jak bardzo są powtarzalne. Razi też pewna niekonsekwencja – przerywników filmowych początkowo nie ma prawie w ogóle (przez co zapominamy kim są ci wszyscy ludzie, którzy chcą nam opowiedzieć o swoim życiu), a potem nagle zaczyna się od nich robić bardzo gęsto. Nie miałbym z tym problemy, gdyby nie były zwyczajnie nudne i gdyby można je było przerwać. Zdarzają się tu też bugi, a nasz trener (nie mający odpowiednika w rzeczywistości) ma dosłownie kilka kwestii do powtórzenia. Całe szczęście – rozgrywka jest tak płynna i przyjemna, że nie można się od niej oderwać. To jest ten rodzaj gry, którą można już tylko dopracowywać w szczegółach i trudno oprzeć się wrażeniu, że za kilka lat nie będzie można jej odróżnić od meczu – nawet przyglądając się z bliska.

A jeżeli chodzi o technikalia, czyli oprawę graficzną i dźwiękową – jest się w ogóle do czego przyczepić? Przyznam, że gdy zobaczyłem screeny stwierdziłem, że nigdy nie widziałem lepiej wyglądającego potu… 

Grafika wchodzi tu już w fazę „uncanny valley” więc można się dziwić, czemu tak realistycznie wyglądające postaci mają tak „martwe” oczy. Nie ma się do czego przyczepić. Dźwięki meczu i komentarz również zasługują na ciepłe słowo. Osobiście nie przypadła mi do gustu muzyka – musiałem wyrzucić z playlisty wiele kawałków, zostało mi może osiem. No ale, nie ukrywajmy, nie ja jestem demograficznym celem producentów gry.

Znaczy – hip-hop?

Zupełnie asłuchalny współczesny rap i najgorsza popowa papka.

Źródło: www.dsogaming.com

A miałeś okazję przetestować tryb wieloosobowy?

Tak, ale bardzo krótko. Umówiłem się za to ze współlokatorem, że poćwiczymy obaj w trybie dla jednego gracza, a w jakiś wolny dzień zabierzemy się za serię meczów. Będzie problem – każdy zawodnik ma swoją „specyfikę rzutu”, co potrafi być naprawdę frustrujące, ale paradoksalnie jednocześnie satysfakcjonująco realistyczne.

No to tytułem podsumowania – jesteś w stanie z czystym sercem polecić NBA 2K17 komuś kto – a niech będzie – nie jest fanem koszykówki? Taka osoba ma szansę się „wkręcić”?

Zdecydowanie tak! Mało tego, w moim przypadku, po paru spotkaniach kończy się oglądaniem najlepszych zagrań Jordana na YouTube’ie i chęcią obejrzenia koszykówki na żywo. Gdyby było lato wyskoczyłbym do krakowskiego parku (imienia Michaela Jordana oczywiście) pograć. Ale NBA 2K17 można po prostu potraktować jako czysto growe wyzwanie. Daje dużo przyjemności i trudno się oderwać!


Seria – „Recenzje TPP” (czyli: Third-Person Perspective – „Z perspektywy trzeciej osoby”) to skutek podglądania w co grają znajomi Zgryźliwych. Niestety nie mam już tyle czasu (zresztą, nie oszukujmy się – nigdy nie mieliśmy), żeby przetestować każdą produkcję, przez co może nam umknąć coś naprawdę wartościowego. By temu zapobiec, pytamy o zdanie tych, którzy w danym tytule spędzili kilkadziesiąt godzin.

Poprzedni wpisPrezentujemy Verdun
Następny wpisThe OA (2016)

Zgryźliwi. Kultura Konsumpcji. © Copyright 2017, Marcin F. Repetowski, Michał E. Dachowski, Tomasz Kaliński & FuelThemes. Wszelkie treści opublikowane na łamach serwisu zamieszczone są za zgodą ich autorów, stanowią własność ich autorów, nie naruszają praw autorskich żadnych osób lub nie stanowią przedmiotu prawa autorskiego - zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. 2016, poz. 666, z późń. zm.).