Oglądamy

„Rzym” (2005-2007)

„Rzym” był jednym z pierwszych, telewizyjnych seriali historycznych, które trafiły zarówno w gusta krytyków, jak i szarych zjadaczy chleba. Naturalistyczny i bezkompromisowy w oddaniu realiów epoki, odważnie przełamał rozliczne tabu i pomimo towarzyszących mu kontrowersji, z miejsca stał się wzorem odcinkowego widowiska, łączącego hollywoodzki rozmach i wartką akcję z kulturą wysoką. Bez niego zapewne nie byłoby: „Dynastii Tudorów”, „Rodziny Borgiów”, czy „Wikingów”. Gdyby nie on – nigdy nie zekranizowano by „Gry o Tron”

Mam pełną świadomość, że postawiona w ostatnim zdaniu teza może wydawać się dyskusyjna. Serial powstały na motywach cyklu powieści George’a R.R. Martina osadzony jest wszakże w zupełnie innych, bo zgoła niehistorycznych realiach. Zaufajcie mi jednak – wyłączając smoki i pozostałe elementy nadprzyrodzone, w sadze o zmaganiach Starków, Lannisterów i Targaryenów nie ma niczego, czego wcześniej nie zafundowano by nam w „Rzymie”.

Bo przyjrzymy się:
– dosadnie sportretowana przemoc, w tym tortury? Są.
– wyuzdany seks i wątek kazirodczy? Jest.
– kupczenie członkami własnej rodziny? Jest.
– spiski, morderstwa polityczne i zwroty akcji, których nikt by się nie spodziewał? Są.

Rzecz w tym, że to co w 2017 r. jest już dla nas „normą”, w 2005 r. wciąż jeszcze wywoływało dreszczyk emocji. HBO i BBC musiały więc wykazać się niemałą odwagą, by w porze najlepszej oglądalności zaprezentować światu dzieło historyczne, tak nasycone kontrowersjami. Jeżeli uważacie moje słowa za przesadę, weźcie pod uwagę, że swego czasu, tzw. „Telewizja Polska” poddała „Rzym” dość radykalnej cenzurze, mającej w zamyśle – ochronić młode umysły przed widokiem cyców i fallusów.

Ale „Rzym”, to przecież nie tylko artystyczna prowokacja spod znaku „sex and violence”. To przede wszystkim pierwszorzędne widowisko historyczne, wciągające od pierwszej do ostatniej sceny i to pomimo faktu, że jego finał jest powszechnie znany.

"Rzym"

Cave Idus Martias!

Akcja serialu osadzona jest w latach 52 – 30 przed Chrystusem, tj. w okresie serii wojen domowych, których rezultatem był upadek Republiki i powstanie Cesarstwa. Śledzimy więc bezpardonową walkę o władzę, pełną spisków, zdrad i nieoczekiwanych sojuszy. Jakkolwiek bywa, że scenariusz pomija niektóre wydarzenia historyczne, a niektóre z faktów składa na „ołtarzu fabuły (w końcu trudno byłoby absolutnie wszystko zmieścić w dwudziestu dwóch odcinkach), „Rzym” stanowi bardzo rzetelne opracowanie wycinka dziejów Imperium. Nie ma tu przy tym ani grama teatralności, tak często spotykanej w innych filmowych podejściach do tematu. Cezar, Pompejusz, Antoniusz czy Kleopatra są żywymi ludźmi – z nieodłącznymi dla tego wadami i słabościami – a nie posągami wyrzeźbionymi pod nasze wyobrażenia. Źródło powyższego leży nawet nie tyle w realistycznym scenariuszu, lecz przede wszystkim w pierwszorzędnym aktorstwie. Nie ma bowiem wątpliwości, że kreacje Ciarána Hindsa (Gajusz Juliusz Cezar), Tobiasa Menziesa (Marek Juniusz Brutus), Karla Johnsona (Marek Porcjusz Katon), a przede wszystkim Jamesa Purefoya (Marek Antoniusz) – na lata zdefiniowały wyobrażenia o granych przez nich postaciach.

Wziąwszy to wszystko pod uwagę, podczas oglądania „Rzymu”, przez cały czas ma się nieodparte wrażenie, że oto ogląda się jakieś <<starożytne „House of Cards”>> co rusz odkrywając w bohaterach ludzi z krwi i kości. Uwierzcie mi – obserwując dane zdarzenie, znane z podręczników do historii – nie raz z pewnością pomyślicie, że „tak właśnie musiało to wyglądać”.

"Rzym"

Gallia est omnis divisa in partes tres

Co istotne, choć zmagania Cezara z Pompejuszem, czy Augusta z Antoniuszem mają tu zasadnicze znaczenie, gros wydarzeń obserwujemy z perspektywy przedstawicieli prostego ludu, tj. Lucjusza Worenusa (Kevin McKidd) i Tytusa Pullo (Ray Stevenson) – legionistów XIII legionu, wracających do miasta po zakończeniu wojen galijskich. Ich losy – jakkolwiek immanentnie związane z wielką polityką – stanowią, bodajże pierwszą, telewizyjną próbę pokazania realiów życia w Rzymie z punktu widzenia tzw. „szarego człowieka”.

Świadome rozbicie perspektywy na arystokratyczną (rodzina Juliuszów) i plebejską (rodzina Worenusa) pozwoliło zarazem na pełne pokazanie rzymskiej obyczajowości. „Rzym” – w nienachalny sposób, a więc bez szkody dla akcji – pokazuje codzienne życie Rzymian – ich mentalność, religijność, podejście do prawa, kwestii małżeństwa, czy niewolnictwa, a nawet prowadzenia biznesu. Nie sili się przy tym na jakąkolwiek poprawność polityczną, niczego nie ubarwia, ni koloryzuje. Życie bywa tu zwierzęce, brutalne i przypadkowe, a przed jego gwałtownym końcem nie chroni nawet pokaźny majątek.

Roma Caput Mundi

Jako tło, ogromne wrażenie robi również scenografia, tak cudownie wolna od klisz i sterylnych obrazków fundowanych przez dzieła pokroju „Gladiatora”. Sportretowane w serialu „Wieczne Miasto” zrekonstruowano z niesamowitym przywiązaniem do detali(1)Warto zwrócić uwagę przede wszystkim na naścienne malunki i graffiti, wzorowane na tych, które odkryto w ruinach Pompejów.. Wyraźnie widać, że to nie Olimp pełen śnieżnobiałych świątyń i złotych kolumn, zrodzony w wyobraźni kogoś, kto zbyt długo wpatrywał się w jeden z obrazów Thomasa Cole’a – a milionowa, wieloetniczna metropolia uginająca się pod ciężarem rozrastającego się Imperium, tonąca w brudzie i błocie.

Powyższe, w połączeniu ze świetnymi kostiumami (na potrzeby serialu uszyto ich ponad 4 tysiące) i drobiazgowo odwzorowanymi wnętrzami tak arystokratycznych willi, jak i mieszkań pospólstwa oraz przedmiotami codziennego użytku – powoduje, że koprodukcja HBO i BBC zasadniczo pozwala „przespacerować się” po stolicy świata sprzed przeszło dwóch tysięcy lat.

Ta niechęć do „pójścia na łatwiznę” i zrzucenia wszystkiego na „zielony ekran”, stała się zresztą przyczyną zguby „Rzymu”. Serial – z powodu zbyt wysokich kosztów realizacji (przede wszystkim scenografii) zakończono bowiem już po dwóch, zamiast po pięciu sezonach, jak pierwotnie planowano. Na szczęście, powyższe nie doprowadziło do „urwania” żadnych wątków, jako że decyzję podjęto przed realizacją drugiego sezonu, co pozwoliło na „przepisanie” scenariusza.

Veni, Vidi, Vici!

Cóż, nikogo nie oszukam – to nie jest obiektywny tekst. Uwielbiam ten serial i traktuję go w kategoriach arcydzieła. Oglądałem go pięć razy i każdy kolejny raz utwierdzał mnie w pierwotnym zachwycie, dlatego coś Wam doradzę:

Gdy w najbliższą niedzielę, HBO wyemituje ostatni odcinek siódmego sezonu „Gry o Tron” – wielu z Was zapewne odczuje ten dziwny rodzaj irracjonalnej pustki, towarzyszącej rozstaniu z wciągającą opowieścią i bohaterami, do których człowiek zwyczajnie zdążył się przywiązać. Nie rozpaczajcie wówczas, tylko sięgnijcie po „Rzym”. Przebrnijcie przez dwa, trzy pierwsze odcinki i dajcie mu się porwać, bo naprawdę warto. Być może lepszej opowieści osadzonej w starożytności, nie doczekamy się już nigdy.

A co potem? Potem, no cóż… Potem z pewnością poczujecie to samo, co po ostatnim odcinku „Gry o Tron”.

Przypisy:   [ + ]

1. Warto zwrócić uwagę przede wszystkim na naścienne malunki i graffiti, wzorowane na tych, które odkryto w ruinach Pompejów.
Poprzedni wpisPODCAST | FreeRIDE #3
Brak nowszych wpisów

Zgryźliwi. Kultura Konsumpcji. © Copyright 2017, Marcin F. Repetowski, Michał E. Dachowski, Tomasz Kaliński & FuelThemes. Wszelkie treści opublikowane na łamach serwisu zamieszczone są za zgodą ich autorów, stanowią własność ich autorów, nie naruszają praw autorskich żadnych osób lub nie stanowią przedmiotu prawa autorskiego - zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. 2016, poz. 666, z późń. zm.).