Oglądamy

Trzynaście powodów (2017)

Nastolatkiem przestałem być wprawdzie bardzo dawno temu, lecz mimo tęsknoty za bezpowrotnie utraconą młodością, nigdy specjalnie nie chciałem wracać do liceum. „Trzynaście powodów” – choć dalekie od rodzimych gimnazjalno-licealnych klimatów równie mocno, co szkoła przedstawiona w „Belfrze” – stanowi niezłą odpowiedź na pytanie: „dlaczego?”. 

Serial przenosi widza do Liberty High – typowego amerykańskiego liceum, którego murami wstrząsa samobójstwo jednej z uczennic – Hannah Baker. Jakkolwiek śmierć dziewczyny jest dla wszystkich sporym zaskoczeniem, lokalna społeczność zapewne dość szybko przeszłaby nad tym do porządku dziennego, gdyby nie fakt, że Hannah postanawia przemówić zza grobu. Znajomy dziewczyny – Clay Jensen, niespodziewanie otrzymuje zestaw kaset, na których samobójczyni szczegółowo opisuje powody targnięcia się na własne życie. Jak nietrudno się domyślić, każdy z trzynastu odcinków serialu podąża za jednym z motywów samobójstwa, które odkrywamy wraz ze wskazanym wyżej Clayem.

Jakkolwiek wątek główny poprowadzony jest umiejętnie i w sposób, który niemal do samego końca pozostawia widza w niepewności co do tego, co wydarzy się w następnym odcinku – same założenia fabularne – dla kogoś kto chodził do szkoły w ostatnich dwóch dekadach – już specjalnie odkrywcze nie są. W skrócie i bez „spoilowania” – dojrzewające dzieciaki okazują się – z reguły nieintencjonalnie – wyjątkowo okrutne, a rodzice i nauczyciele zapracowani, zmęczeni i pozbawieni jakiejkolwiek możliwości przebicia się do świata dzieci.

Takie tło – dla kogoś – kto ledwie pamięta, kto go uczył w liceum, może być dość męczące (tym bardziej, że choć serial wyraźnie oddziela świat nastolatków od świata dorosłych, skupia się jedynie na optyce tych pierwszych) – jednak po przebrnięciu pierwszych dwóch, trzech odcinków, ogląda się to całkiem przyzwoicie.

Spora w tym zasługa świetnie – bo na ogół wiarygodnie – rozpisanych postaci. W toku serialu przez ekran przetacza się ich kilkanaście i choć reprezentują określone – bo znane ze szkolnych korytarzy archetypy – żadna z nich nie jest papierowa. Każdy bohater ma swoją historię, motywy i cele, i jednocześnie jest zindywidualizowany na tyle, żeby nie mylić się z innymi. Co istotne – poza może jednym, wyjątkowo ohydnym typem – żaden z dzieciaków, nie tylko nie jest tu jednoznacznie zły lub dobry, lecz wręcz w ogóle nie poddaje się prostej moralnej ocenie. W sportretowanym w serialu codziennym życiu, dociekaniu, bądź unikaniu prawdy lub uciekaniu od odpowiedzialności, są przez to po prostu względnie autentyczni. Zaufajcie mi – nieraz rozpoznacie tu w kimś znajomych lub samego siebie.

Powyższe oczywiście by nie zagrało, gdyby z ciężarem roli nie poradziła sobie obsada serialu. Pamiętacie, jak zgrzytało sztuczne, papierowe liceum z „Belfra”? „13 Reasons Why” jest dalekie od takich problemów. Producenci zręcznie wymieszali młodych, lecz doświadczonych aktorów z zupełnymi debiutantami, co dało bardzo dobre efekty. Pochwalić należy tu zwłaszcza, zupełnie dotąd nieznaną – Katherine Langford, która wiarygodnie wykreowała główną bohaterkę.

Podobać może się również techniczna strona serialu. Z racji tego, że rzecz opiera w znacznej mierze na retrospekcjach i gładkim przeskakiwaniu pomiędzy planami czasowymi – aktualnym i sprzed samobójstwa – twórcy zdecydowali się na użycie filtrów koloryzujących. Sceny z przeszłości skąpane są w ciepłych kolorach, natomiast zdarzenia po śmierci Hannah mają chłodne zabarwienie. W końcówce serialu, oba plany zderzają się ze sobą, ale ww. podział zostaje, toteż nikt się tu nie pogubi w meandrach fabuły. Pozytywnie zaskoczyły mnie wreszcie także fragmenty ścieżki dźwiękowej serialu (m.in. Joy Division, Neil Young, The Cure), choć momentami wymieszano jest ze strasznym „crapem”.

Rzecz nie jest przy tym oczywiście pozbawiona wad.

Przede wszystkim – świat przedstawiony momentami trąci jednak nieznośnym infantylizmem. Mam świadomość, że serial skierowany jest przede wszystkim do młodzieży i to jej spodoba się najbardziej, ale naiwność niektórych scen sprawiała, że od początku do końca traktowałem go raczej w kategoriach „grzesznych przyjemności”, niż tworów, które oglądałbym bez wyrzutów sumienia (a przecież jestem przeszło trzydziestoletnim gościem grającym w gry i nie traktującym siebie i świata zbyt poważnie). Bóg i Magda mi świadkami – że nieraz krzywiłem się nad zachowaniem Hannah, Clay’a czy innego bohatera, wznosząc ręce ku górze i błagając o nieco więcej realizmu w ich postępowaniu, bo to co prezentowali, pasowałoby może do trzynastolatków, a nie do prawie pełnoletnich ludzi.

Nie zrozumcie mnie źle – nie oceniam tu całościowego postępowania bohaterów, bo raz że trudno mi się doczepić do scenariusza, gdy to adaptacja książki, dwa – też miałem kiedyś 17 lat i pamiętam, jak mi szalały hormony (nigdy tego nie lekceważcie jako rodzice – u Waszych dzieci, jak i u wikarego, których uczy ich religii), ale podejrzewam, że nawet rzeczeni trzynastolatkowie wyczają, że momentami „coś tu jest nie tak” (po jednym z występów na meczu koszykówki Clay zostałby „upośledzoną gwiazdą szkoły”, a tu jest traktowany, jakby nic się nie stało).

Ponarzekać trzeba tu także na dłużyzny i zupełnie niepotrzebne przeciąganie niektórych scen. Zdarzają się tu fragmenty, gdy protagonista przez kilkadziesiąt sekund pedałuje na rowerze, albo refleksyjnie spogląda przed siebie – niczym Stirlitz w „Siedemnastu mgnieniach wiosny”. Po co? Te fragmenty można by z powodzeniem zastąpić scenami, które nadałyby większą głębię relacjom bohaterów z rodzicami, czy nauczycielami (bo postacie dorosłych, to tu akurat niestety straszne wydmuszki) i choć trochę zasypały – chyba zbyt głęboki – rów pomiędzy oboma światami. Jednocześnie brakowało mi tu szerszych odwołań do tego, jak szkołę i generalnie „świat młodych” zmienił rozwój technologii. Niby akcja ma miejsce w czasach powszechnego dostępu do sieci, mediów społecznościowych, etc. –  a w serialu prawie w ogóle się tego nie czuje. Dziewczyny na kartce oceniało się jeszcze w moich czasach, więc jakkolwiek (nie)miło mi ze świadomością, że tak niewiele zmieniło się w liceach od 2004 r., nieśmiało pytam się – gdzie jest Facebook, kochani scenarzyści? Przecież scenariusz stwarzał liczne możliwości pokazania, jak istotne dla dzieciaków (i nie tylko) są ich obecność i wizerunek w sieci.

Z powyższych powodów – jak dla mnie całość jest tylko dobra. Podobno ekipa producentów zabrała się już za drugi sezon. Pewnie z ciekawości kiedyś po niego sięgnę, ale nie ukrywam, że nie czekam na niego, jak np. na nowe The Expanse.


SPOILER ALERT!


Tradycyjnie zaskoczyły mnie komentarze pod serialem na Filmwebie, w których część osób stwierdziła, że Hannah rzekomo „sprowokowała” pewne zdarzenie, które ostatecznie skłoniło ją do targnięcia się na własne życie. Przyznam, że mam bardzo bujną wyobraźnię, ale nie za bardzo potrafię sobie wyobrazić, jak można coś takiego „sprowokować”, gdy granice są czytelne i powszechnie znane.

Poprzedni wpisPODCAST | FreeRIDE #1

Zgryźliwi. Kultura Konsumpcji. © Copyright 2017, Marcin F. Repetowski, Michał E. Dachowski, Tomasz Kaliński & FuelThemes. Wszelkie treści opublikowane na łamach serwisu zamieszczone są za zgodą ich autorów, stanowią własność ich autorów, nie naruszają praw autorskich żadnych osób lub nie stanowią przedmiotu prawa autorskiego - zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. 2016, poz. 666, z późń. zm.).